Kiedyś inżynierowie budowali rzeczy. Wkręcali, lutowali, kłócili się przy tablicy i wychodzili o północy z czymś działającym w rękach. Dziś każdy idzie na zdalną robotę, zamyka drzwi i odpowiada na ticket.
To nie jest złe życie. Ale to nie jest życie inżyniera.
Dead Engineers Society to stowarzyszenie dla tych, którym brakuje kontaktu z ludźmi, którzy robią rzeczy. Garażownia, hackatony, wspólne projekty, rywalizacja, biblioteka uczelniana jako baza wypadowa — powrót do korzeni.
Nawiązujemy do Stowarzyszenia Umarłych Poetów — nie po to, żeby być edgy, ale bo naprawdę wierzymy, że coś wartościowego zostało zakopane i trzeba to odkopać.